
Kiedyś mieszkańcy protestowali przeciwko wysypiskom śmieci, oczyszczalniom czy liniom wysokiego napięcia. Dziś do tej listy dołączyły centra danych. Mało która inwestycja jest tak mało widowiskowa, a jednocześnie tak silnie obecna w codziennym życiu. Nikt nie widzi serwerów, ale wszyscy korzystają z ich pracy. I właśnie dlatego dyskusja wokół inwestycji w Piasecznie jest ciekawa nie tylko lokalnie. Pokazuje bowiem szerszy problem: czy chcemy korzystać z usług cyfrowych, ale nie chcemy infrastruktury, która je udostępnia?
Przeciwnicy powołują się na przykłady ze Stanów Zjednoczonych. Tyle, że wrzucanie wszystkich inwestycji do jednego worka przypomina porównywanie osiedlowej przychodni z wielkim szpitalem klinicznym. Formalnie obie placówki należą do systemu ochrony zdrowia, ale ich skala i oddziaływanie są zupełnie różne.
Spójrzmy na liczby. W amerykańskim Teksasie powstaje dla OpenAI kampus Stargate o docelowej mocy 1,2 GW. Meta ogłosiła rozbudowę kampusu Hyperion do 5 GW. To energetyczne miasta! Niektóre wykorzystują własne instalacje gazowe, a część chłodzi się wodą odparowującą do atmosfery. Tymczasem kampus Polaris Data Center w Piasecznie ma docelową moc IT 48 MW ‒ dwadzieścia pięć razy mniej od Stargate i ponad sto razy mniej od Hyperiona. Nie powstaje też po to, by trenować kolejne generacje sztucznej inteligencji. Ma obsługiwać usługi chmurowe, na których działają firmy, urzędy, sklepy internetowe, poczta elektroniczna czy elektroniczne dokumenty.
To trochę tak, jakby porównywać lokalny magazyn logistyczny z portem morskim. Oba służą transportowi towarów, ale funkcjonują w zupełnie innej skali. Nie oznacza to oczywiście, że mieszkańcy nie mają prawa zadawać pytań. Wręcz przeciwnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy debata opiera się bardziej na wyobrażeniach niż na danych.
Duże emocje budzi zużycie wody przez nowy obiekt. Projekt przewiduje maksymalnie około 55 metrów sześciennych wody na dobę, z czego większość stanowią potrzeby socjalne i techniczne. Co więcej, serwery będą chłodzone cieczą w obiegu zamkniętym. Woda nie będzie stale odparowywana i uzupełniana. To rozwiązanie diametralnie różne od tych, które stosuje się w części amerykańskich obiektów.
Podobnie wygląda sprawa hałasu. Tu podobnie: zestawiamy polskie inwestycje, spełniające krajowe i europejskie rygorystyczne normy, z inwestycjami z USA. Nie ta skala i zupełnie inne regulacje.
Centra danych są współczesnym odpowiednikiem dróg, sieci energetycznych czy stacji uzdatniania wody. Buduje się je dlatego, że każdego dnia wysyłamy miliony maili, robimy przelewy, oglądamy filmy i przechowujemy dane w chmurze.
Oczywiście warto wymagać od inwestorów najwyższych standardów efektywności energetycznej, niskiego zużycia wody i przejrzystości działania. Właśnie dlatego znaczenie mają wskaźniki takie jak PUE (ang. Power Usage Effectiveness) poniżej 1,3, wykorzystanie energii odnawialnej czy zgodność z europejskimi standardami efektywności środowiskowej. Ale równie ważne jest zachowanie proporcji.
Bo jeśli każdą serwerownię będziemy oceniać przez pryzmat gigantycznych kampusów AI z Teksasu czy Luizjany, to równie dobrze można by uznać, że każda droga gminna jest zagrożeniem porównywalnym z autostradą przecinającą kontynent.
W sporach o kolejne tego typu inwestycje nie chodzi wyłącznie o centrum przetwarzania danych. Chodzi o pytanie, czy potrafimy odróżnić rzeczywiste ryzyka od symboli. Rozwój i dobre sąsiedztwo nie muszą się wykluczać. Kluczem jest otwarta rozmowa i wzajemne zrozumienie.