AKCJA SPOŁECZNA

Czy mapy białych plam mogą być lepsze?

Ministerstwo Cyfryzacji wyjaśniło, że nieścisłości w danych o infrastrukturze szerokopasmowej w toruńskich szkołach (w stosunku do mapy internetyzacji przygotowanej przez resort), wynikają z braku sprawozdania ich do Systemu Informacyjnego o Infrastrukturze Szerokopasmowej (SIIS).

Czy to jedyny przypadek takich niezgodności na tej mapie?  Po opublikowaniu informacji o toruńskich szkołach rozmawiałam z osobą z innego województwa, które stwierdziła, że przeglądała mapę internetyzacji szkół i też ma wiele wątpliwości, co do swego obszaru – który w sumie dość dobrze zna. – Ale, nie wiem czy ci mówić, bo jeszcze o tym napiszesz – zastrzegła. OK, a więc nie napiszę tylko przytoczę jako żart w komentarzu. I niech będzie, że z mapą jest wszystko OK i jest unikalna. Ponoć jestem złośliwy i uprzedzony.

Nie będę udowadniał, że nie jestem wielbłądem (bo tak naprawdę jestem złośliwy, ale dobrze nastawiony), ale ja dzielę krytykę na uczciwą i nieuczciwą. Krytyki pod swym adresem większość z nas nie lubi. Przyznam, że też nie zawsze dobrze to znoszę. Potem jednak rozważam, czy była uczciwa, czy nieuczciwa. Jeśli to pierwsze, staram się wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Powracając zaś to map, to znowu pojawił się znany problem w pierwszym konkursie 1.1 POPC. CPPC wyjaśniła że nie może rozstrzygnąć go na dwa ostatnie obszary na Podkarpaciu, bo prawdopodobnie istnieje już tam infrastruktura telekomunikacyjna o parametrach NGA lub pojawiły się plany komercyjnych inwestycji. Niestety, to okazało się, gdy konkurs już trwał a operatorzy złożyli wnioski. A więc znowu te mapy i nieraportowane dane.

Tu sytuacja jest jednak zdecydowanie bardziej kuriozalna niż ze szkołami, bo konkurs 1.1 POPC był wydłużany kilka razy, trwał bardzo długo, a dane adresowe w poszczególnych obszarach poddawane analizom (np. jeden z obszarów został wycofany).  Mimo, to znów coś się nie udało (czy to nieuczciwa ocena?). A co z przedsiębiorcami, którzy przygotowali wnioski i ponieśli koszty?

Trzeba powiedzieć jasno, że takie przypadki, jak ten z dwoma obszarami na Podkarpaciu nie budują zaufania nie tylko do instytucji odpowiedzialnych, ale i do administracji w ogóle. Warto przypomnieć przypadek firmy Cubeinfo z konkursu organizowanego przez PARP w ramach Programu Operacyjnego Rozwoju Polskiej Wschodniej. Tam PARP odmówiła Cubeinfo podpisania umowy na dofinansowanie budowy sieci w Świętokrzyskiemu. Po niewczasie okazało się bowiem, że ktoś tam realizuje inny projekt inwestycyjny. Gdy jednak operator składał swój wniosek konkursowy na udostępnionej mapie nic nie było. Naczelny Sąd Administracyjny przyznał w tym sporze rację Cubeinfo i spółka może się domagać odszkodowania.

Wspomnę tu jeszcze przypadek firmy Voicenet  z Rzeszów, której projekt w powiecie bieszczadzkim z powodu rzekomo nieprawidłowych pięciu punktów adresowych spośród prawie 1000 we wniosku projektowym odpadł w ocenie formalnej. Firma się upiera, że zna swój lepiej obszar, niż urzędnicy, którzy przygotowywali mapy z za biurka w Warszawie i to ona ma rację. No cóż, formalnie być może powinna dostosować się do map konkursowych, choćby były nieprawidłowe...

Tak, oczywiście... Problemy związane ze zbieraniem danych są znane są od lat. To prawda, że nie wszyscy chcą się uczciwie sprawozdawać lub robią to niedokładnie. Występują problemy z danymi referencyjnymi punktów adresowych (dane GUS, GUGIK i PESEL bywają rozbieżne). To wszystko powoduje, że dane trzeba długo „czyścić”. Poprawiać niedokładności w opracowaniach jednych instytucji przez inne, co też grozi popełnieniem jeszcze innych błędów itp. itd.

Czy takich sytuacji jak z dwoma obszarami na Podkarpaci można było uniknąć? Gdy kilka lat temu przygotowywałem artykuł o inwentaryzacji infrastruktury w innych krajach, opisywałem m.in. system w USA. Tam potrzebne informacje zebrano od 3,4 tys. operatorów oferujących szerokopasmowy dostęp do  internetu. Dane jednak potem weryfikowano w terenie. Instytucje, które zbierały informacje (finansowane z funduszy stanowych) sprawdzały je, wykorzystując różne narzędzia, np. przeprowadzając testy prędkości internetu, czy rozmawiając z liderami miejscowych społeczności. W wielu przypadkach nie obyło się bez spotkań z małymi, czy dużym operatorami w celu wyjaśnienia wątpliwości.

W Polsce tego elementu nie ma i dane przygotowywane są zza biurka w oparciu o system informatyczny. Całkiem wiec prawdopodobne, że tak jak w Toruniu, ktoś czegoś nie wprowadzi do SIIS lub zrobi to „po łebkach”. Taka weryfikacja w terenie jest trudna i kosztowana, ale np. UKE ma delegatury prawie we wszystkich województwach i ich pracownicy w dużej mierze znają swój teren. Może taki koszt i trud warty byłyby dobrej mapy?