TELKO.IN / Artykuły / Komentarz
Reklama

Prywatna oszczędność publicznych pieniędzy

Trzeba mieć mocno sztywne poglądy, aby dziś bronić rynku ‒ w tym technologicznego ‒ przed interwencją państwa. Przy wzbierającej fali nowych poglądów na gospodarkę warto jednak pamiętać, że wszystko ma swoją cenę, a własność prywatna liczne zalety.

Krajowe Centrum Przetwarzania Danych będzie kosztować dwa razy więcej niż zakładał pierwotny budżet. Każde przedsięwzięcie na etapie planowania ma tendencję niedoszacowania kosztów końcowych. Przedsięwzięcia publiczne cierpią jednak na tę przypadłość znacznie częściej, bo powstają za pieniądze publiczne ‒ należące do nas wszystkich, czyli… do nikogo.

Myślę, że podstawa leży głęboko w ludzkiej naturze, a więc nie ma na to wielkiej rady. Jako podatnicy, płacimy co się należy i te pieniądze już nas za bardzo nie interesują. Dysponenci nimi zarządzają, ale ‒ w nowoczesnym państwie prawa ‒ nie ciągną osobistych korzyści. Co z tego, że będą nimi zarządzali efektywnie, skoro osobistych zysków z tego nie ma, a nadwyżki nie można przeznaczyć na nic innego, bo już zabudżetowane. A jak nie wydadzą, to kolejny budżet będzie mniejszy. Ile to już skeczy na ten temat powstało?...

Ludzie w budżetówce głupi nie są, ale nie mają dużej motywacji do efektywnego gospodarowania środkami. Inaczej przedsiębiorcy, którzy mogą liczyć na osobiste zyski, a dzięki nim marzyć o willach, samochodach i jachtach. Bardzo ekscytujące! Bardzo motywujące!

Swego czasu amatorsko interesowałem się amerykańsko-radzieckim wyścigiem kosmicznym z lat 60-tych. Każdy zauważy, że efekty w tym okresie były nieporównanie bardziej spektakularne (loty załogowe), niż pod koniec XX w. Wiedza była większa, technologia doskonalsza, ale Księżyc wciąż nie skolonizowany. No bo i środki na programy kosmiczne ‒ skoro już nie były potrzebne propagandowo ‒ redukowano. Rokroczne budżety NASA w złotych latach 60-tych liczyło się dziesiątkami miliardów dolarów. I zawsze było mało. Trudno się temu dziwić, skoro wszystko szyto na miarę, na rządowe zamówienia, za publiczne pieniądze, pod presją czasu i polityki. Kontrakty realizowały firmy prywatne (o ile gdziekolwiek sektor wojskowo-kosmiczny można uznać za „prywatny”), ale w modelu kosztowym: czyli za ile się da. Pod koniec XX w. rząd USA poszedł po rozum do głowy. Spektakularne osiągnięcia nie były już potrzebne, bo globalny rywal leżał rozłożony na łopatki. Przyszedł czas na optymalizację, czyli zamawianie usług, a nie projektów. Z większym naciskiem na cenę. Dzięki temu powstało SpaceX, a na niskiej satelicie latają Starlinki, które mają szansę zrewolucjonizować (nie za duże słowo?) globalną komunikację. Kolonii na Księżycu wciąż nie ma, ale… może nikt jej po prostu nie potrzebuje. A dostępu do internetu (prawie) każdy.

Dla mnie morał taki, że obywatel w demokratycznym państwie ma swoje oczekiwania, które polityk chce spełnić. Żeby je spełnić musi być sprawczy. Biznes ‒ magiczna „niewidzialna ręka rynku” ‒ wszystkiego nie załatwi; nie wszędzie i nie we wszystko zainwestuje, bo zwrot bywa za niski, a ryzyko za duże. Inwestycje publiczne są zrozumiałe. Ale ZAWSZE będą mniej efektywne. Ogólna zasada oszczędności zasobów i szczególna zasada troski o grosz publiczny implikuje więc wciąganie prywatnych firm do realizacji państwowych projektów. Gdzie i jak się da na zdrowych zasadach.

Dlatego zawsze uważałem, że skoro nawet Ogólnopolska Sieć Edukacyjna jest potrzebna, to nie powinna jej budować NASK, ale należy po prostu zakontraktować usługi od prywatnych telekomów. Logika ministra cyfryzacji była jednak (i pozostała) inna. Pointą jest, że teraz ta sama NASK nie doszacowała kosztów budowy publicznego ośrodka przetwarzania danych o 50 proc.

Piątkowe komentarze TELKO.in mają charakter publicystyki – subiektywnych felietonów, stanowiących wyraz osobistych przekonań i opinii autorów. Różnią się pod tym względem od Artykułów oraz Informacji.

Czytaj również: