REKLAMA

Silna ręka właściciela

Sprzedaż blisko 10-proc. pakietu akcji Playa przez dwóch głównych akcjonariuszy spółki strategicznie nic jeszcze nie znaczy, ale może być również początkiem procesu, który zawiedzie ją na zupełnie nowe wody: spółek prawdziwie publicznych. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Oferując akcje Playa w ostatniej transakcji, Tollerton i Novator wyraziły oczywiście „niezachwianą wiarę w przyszłość spółki”, bo tak na giełdzie wypada, choć żaden profesjonalny inwestor tym się nie przejmie. Przed IPO Playa negocjowano przecież także sprzedaż inwestorowi strategicznemu, więc to tylko z powodu wyceny, a nie nieuleczalnego sentymentu dla polskiej spółki, islandzki i grecki inwestor zdecydowali się na giełdę i zachowanie kontroli nad firmą.

W ramach IPO zrealizowali częściowy exit i otworzyli sobie drogę do sprzedaży dalszych pakietów akcji. Wciąż zresztą nie wyzbywając się kontroli nad spółką, ani wynikających z tego profitów, jak możliwość zarządzania polityką dywidendową, czy określania strategicznych kierunków działania firmy, a przez to trafniejsze prognozowanie (sterowanie?) kursu akcji. I nic się w tym na razie nie zmienia, poza tym że dwaj akcjonariusze upłynnili akcje za 700 mln zł (ciekawość, na co im taka suma...?) i zamiast 60 proc. akcji będą kontrolować 50 proc. akcji.

Akcjonariat Playa uległ jednak rozwodnieniu i można się spodziewać, że to dopiero początek procesu. Bo niby dlaczego nie? Skoro dzisiaj potrzebowali 700 mln zł, to jutro mogą potrzebować 1 mld zł. Zdobędą bez trudu, wciąż się ciesząc z przywilejów głównych akcjonariuszy. Istnieje jednak pewien próg – określiłbym go intuicyjnie na 40 proc. akcji – kiedy równowaga zacznie być chwiejna. Im kontrolny pakiet mniejszy, tym mniejsza stabilność – większa podatność na wrogie przejęcie, czy pojawienia się w akcjonariacie dużego gracza z ambicjami na przejęcie kontroli. Bardziej kuszące może się stać zerwanie inwestycyjnego sojuszu i samodzielna sprzedaż połowy kontrolnego pakietu.

Warto przypomnieć historię Netii, która wyrosła za pieniądze szwedzkiej Telii, po czym omal nie zbankrutowała na początku lat 2000. Układ zawarty z wierzycielami spowodował rozproszenie akcjonariatu i rynkowy dryf operatora. Stabilizację i wyklarowanie strategii przyniosło dopiero umocnienie w akcjonariacie jednego z inwestorów finansowych, który jednak znudził się po kilku latach i sprzedał kontrolny pakiet krajowemu funduszowi, który to fundusz znudził się szybciej, bo już po kilku miesiącach i sprzedał akcje krajowemu inwestorowi indywidualnemu. Ten, albo nie wiedział co kupuje, albo miał najwyżej średni horyzont inwestycyjny, bo też już go nie ma w spółce. W międzyczasie jeden z rynkowych konkurentów narobił sporo zamieszania, ogłaszając chęć zakupu kontrolnego pakietu akcji Netii (do czego, jak wiadomo, ostatecznie nie doszło). W efekcie, poza kilkoma latami z drugiej połowy zeszłej dekady, Netia raczej zwija, niż rozwija biznes. Jak się jej powiedzie w grupie Cyfrowego Polsatu, to się dopiero okaże.

Giełda, to epokowy wynalazek ludzkości, ale jednym z efektów ubocznych jest pojawienie się podmiotów, które... nie bardzo wiadomo do kogo należą. Skutki tego są pewnie mniej dotkliwe w przypadku wielkich korporacji o ustabilizowanej pozycji na globalnym rynku, kierowanych z krajów o wysokiej profesjonalizacji i kulturze zarządzania. W krajach o płytszym rynku kapitałowym, niższej kapitalizacji notowanych publicznie podmiotów, większej bezwzględności i głodzie pieniądza może jednak prowadzić do powstania podmiotów targanych sprzecznymi interesami i sporami akcjonariuszy, dla których rozwój spółki jest sprawą wtórną, bo istotne jest na ile mogą DZISIAJ wycenić swoje akcje.

Orange i Cyfrowy Polsat też są notowane na giełdzie, ale nie ma wątpliwości kto nimi rządzi. W Playu jest podobnie. Dzisiaj.

Piątkowe komentarze TELKO.in mają charakter publicystyki – subiektywnych felietonów, stanowiących wyraz osobistych przekonań i opinii autorów. Różnią się pod tym względem od Artykułów oraz Informacji.

REKLAMA