
Na Podkarpaciu inwestor energetyczny zaproponował mieszkańcom Starlinki z dwuletnim abonamentem (i jeszcze dużo więcej) w ramach budowania „dobrosąsiedzkich relacji”. Co mogliby zaproponować operatorzy komórkowi, aby uniknąć protestów?
Pojęcia nie mam, ale zastanawiam się nad tym od kilkunastu lat ‒ od kiedy się dowiedziałem, że nie wszyscy są fanami budowy nowych wież telekomunikacyjnych, i że operatorzy często konfrontują się z protestami. ‒ Dajcie coś ludziom w zamian ‒ dosyć szybko przyszło mi do głowy.
Do tego operatorzy jednak nie są skłonni i już dawno jeden z szacownych przedstawicieli tej branży wyjaśnił mi dlaczego. Otóż branża obawia się rozbudzenia apetytów lokalnych społeczności i konieczności każdorazowych negocjacji okolicznościowego haraczu za prawo do budowy. Rozumiem to. Rozumiem, że lepszą i bardziej przejrzystą drogą była uporczywa praca nad korzystnymi przepisami budowlanymi i pogodne ignorowanie protestów w świetle prawa, całkowicie legalnie.
Nie zmienia to faktu, że choć komunikacja mobilna jest towarem pierwszej potrzeby, to protesty nie ustają i trzeba się z nimi liczyć przy okazji każdej inwestycji. Problem będzie narastał, bo do inwestycyjnej ofensywy Playa przyłączy się Polkomtel, który nie na wszystkie potrzebne mu nadajniki znajdzie gotowe wieże. Wież w Polsce jest coraz więcej, a nastroje Polaków stonowanymi bym nie nazwał. Efekty można sobie wyobrazić.
Dlatego wciąż się zastanawiam nad sposobami budowania dobrych skojarzeń z inwestycjami telekomunikacyjnymi w społeczeństwie i nie ograniczałbym do hejtowania przeciwników, ani przekonywania samorządowców jaka to korzyść dla lokalnych społeczności.
Podkarpacki inwestor, budujący farmę wiatrową, poszedł na bogato. Wspomniane na wstępie Starlinki, to pikuś wobec kilkuset tysięcy gotówką do podziału między kilka gmin. Do tego oferta taniego prądu, no i solidny podatek od nieruchomości co roku. Tu w grę wchodzi 200-300 mln zł inwestycji i kilka milionów rocznego przychodu z jednej turbiny, więc w ogóle nie ma co porównywać z inwestycjami MNO. Wieża telekomunikacyjna, to inna bajka i nikt zbliżonych korzyści nie jest w stanie zaoferować. Ale, że całkiem nic?
Przyznaję, że proste przekupstwo lokalnych społeczności, to ryzykowna strategia. Ale czy nie ma żadnej alternatywy? Dobrych kilka lat temu chodził po rynku pomysł na system antysmogowy z czujnikami na każdym sajcie sieci mobilnej. To najwyraźniej nie wypaliło. Nie ma innej aplikacji opartej na urządzeniach (czujnikach), która daje przeciętnemu obywatelowi potrzebne informacje, co spowoduje, że każda kolejna wieża telekomunikacyjna będzie witana może nie z entuzjazmem, ale z zadowoleniem? Nie przez wszystkich, to jasne. To się nigdy nie zdarza. Ale przynajmniej przez większość, której nastawienie utrudni życie malkontentów. ‒ Najlepsze przykłady to publiczne mapy jakości powietrza, monitoring poziomu rzek, lokalne stacje pogodowe dla rolnictwa oraz drogowe stacje meteorologiczne i kamery ‒ podpowiada możliwości pierwszy z brzegu „chatGPT”.
Kreowanie telekomunikacji na fundament nowoczesnej cyfrowej gospodarki, bez której żyć się nie da, uważam nie tylko za nieznośnie pompatyczne, ale też mało skuteczne. Bez drogowców też nie da się dojechać ani na wakacje, ani do kościoła, ani do Biedronki, ale nie słyszałem, żeby oczekiwali za to pomników. Przynajmniej w mojej bańce socjalnej branża telekomunikacyjna nie ma co liczyć na czołobitność. Buduje infrastrukturę, żeby świadczyć usługi, za które jej się płaci. Biznes, nie żadna misja, budząca powszechny szacunek i życzliwość.
Biznesu w misję nie ma co zmieniać, ale można się starać, aby każda kolejna wieża telekomunikacyjna ‒ w społecznej percepcji ‒ była czymś odrobinę więcej niż tylko kolejną maszynką do zarabiania pieniędzy dla operatora. Jak? Z ogromnym wstydem przyznaję, że… nie mam na dzisiaj bladego pojęcia.
Piątkowe komentarze TELKO.in mają charakter publicystyki – subiektywnych felietonów, stanowiących wyraz osobistych przekonań i opinii autorów. Różnią się pod tym względem od Artykułów oraz Informacji.