AKCJA SPOŁECZNA

Czy wolno podłączyć kota do modemu internetowego?

Dlaczego na początku przytoczyłem historię o kocie w mikrofalówce? Bo mam wrażenie, że w Polsce też została przekroczona granica zdrowego rozsądku. Pewnie wielu z cztelników, podobnie jak ja sam, wielokrotnie skarżyło się na absurdy prawne, niepotrzebne komplikacje i sprzeczność przepisów. Nie jestem przeciwny ochronie praw konsumenta. Sam kilkakrotnie padłem ofiarą nieuczciwych lub nierzetelnych sprzedawców. Jednak podczas wdrażania w naszej firmie nowych procedur związanych z wymogami nowego prawa konsumenckiego, nabrałem przekonania, że tym razem podniesiono szczyty absurdu na niespotykany poziom. Od kilku lat prezes naczelnego organu regulacyjnego branży telekomunikacyjnej w Polsce deklaruje publicznie, że jednym z celów jego działania jest prostota i przejrzystość regulaminów telekomunikacyjnych. Tymczasem w ciągu  kilku lat zmieniamy te regulaminy 2 lub 3 razy w roku, bo z taką częstotliwością zmienia się prawo telekomunikacyjne. Podobno dzieje się tak w imię ochrony konsumentów. Poniżej opiszę jeden ze skutków ostatniego wzmacniania "ochrony konsumentów".

Jeszcze w 2012 r. abonent, który przychodził do naszego BOK-u by podpisać umowę, wychodził z dokumentami liczącymi łącznie 18 stron (8 stron umowa plus 8 stron regulaminu plus 1 strona regulaminu promocji plus 1 strona cennika). Aktualnie ilość stron dokumentów wzrosła do 41! Dlaczego aż tyle? Ponieważ do 18 stron standardowych dokumentów dochodzi 5 stron różnego rodzaju oświadczeń, które są powtórką zapisów z umowy. Skąd kolejnych 18 stron? Otóż jak napisałem powyżej, opublikowany został "poradnik". W p. 10 tegoż dokumentu postawione jest pytanie: "W jaki sposób należy przekazać konsumentowi informacje (o usłudze)?"

W odpowiedzi jak wół stoi, że wystarczy: "przekazanie wzoru umowy zawierającego te informacje najpóźniej w chwili wyrażenia przez konsumenta woli związania się umową." Żeby więc nie podpaść organom kontrolnym, przed podpisaniem umowy przez abonenta, muszę mu przekazać jej wzór, a do tego chyba wszystkie załączniki (regulamin, cennik etc). Dopiero po przekazaniu tegoż wzoru i potwierdzeniu (na trwałym nośniku) przez abonenta, że wzór otrzymał, wyciągam z szuflady dwa egzemplarze właściwej umowy i daję do podpisu. Skutek tego będzie taki, że abonent (jeśli go szlag w biurze nie trafi) wyjdzie ode mnie nie tylko z umową, ale też jej wzorem, który przecież muszę mu przekazać zanim właściwą umowę podpisze. Oczywiście, w firmie obok naszego egzemplarza umowy muszę (prawdopodobnie) przechowywać także kopię wzoru tejże umowy i oświadczenie abonenta na dowód, że poinformowałem go o wszystkim. Jakież to proste! Używam trybu przypuszczającego, bo o prawidłowości opracowanych przeze mnie procedur będę się mógł przekonać dopiero po kontroli UKE lub UOKiK. Całe szczęście, że mam prawo wysłać UKE regulaminy do zatwierdzenia, bo w przypadku, gdyby zainteresował się nami UOKiK, to zostaje ulubiony przez operatorów rejestr klauzul niedozwolonych.