
Migracja specjalistów pomiędzy konkurującymi firmami tej samej branży to nic nadzwyczajnego, a nawet jak najbardziej logiczne zjawisko. Firmy może tego nie lubią, kiedy tracą menedżerów na rzecz konkurencji, choć z lubością same ich im wyciągają. Oczywiście etyka nakazuje, by u nowego pracodawcy nie korzystać („na pałę”) z zasobów wyniesionych z poprzedniego miejsca pracy. Etyka etyką a życie życiem…
Jak ktoś chce zabezpieczyć wypływ wiedzy, to do kontraktu wprowadza zakaz konkurencji i płaci odchodzącemu pracownikowi, by ten nie zatrudniał się u konkurencji przez określony czas. Zakaz nie może trwać wiecznie, ale i tak po kilku, czy kilkunastu miesiącach wyniesiona wiedza o danej organizacji się dezaktualizuje i traci na wartości.
Przejście Pawła Bareja z Orange do Play, to ‒ z całym szacunkiem dla bohatera ‒ banał, bo takich transferów na rynku było kopy. Ciekawiej się robi, gdy zdać sobie sprawę, że jego angaż ma związek z meblowaniem zespołu przez powołanego do zarządu Playa w październiku 2025 Pawła Galeja. Jego transfer z Orange Slovakia już banalny nie był.
W Orange już to pewnie odchorowali, ale jesienią i zimą 2025 r. ten transfer wywołał kontrowersje. Wiem, bo miałem okazję porozmawiać i usłyszeć sporo emocjonalnych żalów z ust osób, które nie posądzałem o nadmiar sentymentów. Paweł Galej (znam zresztą od wielu lat i raczej zawsze miałem powody by cenić) odszedł, co prawda, ze słowackiego Orange, ale ‒ jak twierdzą eks-koledzy ‒ mógł mieć także dostęp do danych o polskim rynku. Pauza w pracy liczyła się na zaledwie 2 miesiące zamiast 12, lub jeszcze prędzej 24, jak to to bywa w przypadku menedżera C-level. Nie wiem, jak to było i teraz dywaguję: Orange zapomniał o czymś w kontrakcie, otwierając furtkę do tak szybkiej migracji? ‒ raczej niemożliwe. Prędzej Play wykupił zakaz konkurencji, by przejąć menedżera w trybie ekspresowym. W Orange leczą kaca, mnie tam za jedno. Ale i ja nie przypominam sobie takiego bezpośredniego przepływu między zarządami telekomów (przynajmniej nie największych firm). Playowi musiało chyba bardzo zależeć.
I to wszystko układa mi się w pewną całość rynkowej wojny pomiędzy Playem a Orange. „Wojna” to słowo na wyrost, ale „ostra bezpośrednia konkurencja” brzmi za bardzo technicznie i niekoniecznie uzasadnia bezkompromisowe i bezprecedensowe wyciąganie konkurentowi cennego pracownika. Z 10 lat temu lub więcej Zygmunt Solorz ‒ kiedy jeszcze interesował się telekomunikacją ‒ miał powiedzieć, że na rynku pozostanie jego grupa (wtedy już z Netią w składzie) i właśnie Orange. Może i tak by było, gdyby zajawka nie przeszła mu z telekomunikacji na energetykę. Polkomtel/Netia raczej gonią rynek, T-Mobile idzie własną drogą, a właśnie Play i Orange ekspandują, realizując zresztą podobny model biznesowy ze sprzedażą usług konwergentnych, pozyskiwaniem infrastruktury i działalnością hurtową. Oczywiście są i liczne różnice, a Orange wciąż jest znacznie większy i znacznie bardziej zdywersyfikowany biznesowo niż Play. Obie firmy mają jednak francuskich właścicieli, którzy konkurują także na rodzimym rynku nad Sekwaną i Loarą. O tym również bym nie zapominał.
Biznes to przede wszystkim pieniądze i efektywność, ale czasem może się zaplątać trochę osobistych emocji i posunięć ponad nudną rynkową etykietę. Ładnie tak? – nie wiem. Ale na pewno ciekawie.
Piątkowe komentarze TELKO.in mają charakter publicystyki – subiektywnych felietonów, stanowiących wyraz osobistych przekonań i opinii autorów. Różnią się pod tym względem od Artykułów oraz Informacji.