W poniedziałek wieczorem Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wydało alert dla mieszkańców województwa lubelskiego w związku z rosyjskim atakiem powietrznym na terenie Ukrainy. Przez pomyłkę SMS-y od RCB trafiły również do mieszkańców województwa lubuskiego.

Kierownik Zespołu Analiz Zagrożeń Zewnętrznych w NASK Michał Marek przyznał w rozmowie z PAP, że Rosjanie i Białorusini rozpowszechniali w swojej infosferze informacje na temat tej pomyłki.
– Nie było to szczególnie mocno eksponowane, nie poświęciły temu szczególnej uwagi oficjalne agencje informacyjne czy główne portale, jednak incydent zaistniał na tak zwanych nieoficjalnych, rzekomo niepowiązanych z aparatem państwowym źródłach, takich jak kanały działające na platformie Telegram, które jednak są bezpośrednio prowadzone przez służby – podkreślił ekspert.
Co można zrobić, aby państwowy systemu ostrzegania o zagrożeniach był lepszy?
Dr Mariusz Sikora z Instytutu Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Szczecińskiego przyznał zapytany przez PAP, że system informowania o zagrożeniach wciąż jest dopracowywany – na poziomie rządu, samorządów i powiatów.
– Każdy szuka takich rozwiązań, by taka informacja jak najszybciej trafiła do obywatela i by ten mógł ją najlepiej wykorzystać – powiedział Sikora.
Zdaniem eksperta, nie ma lepszych lub gorszych środków komunikowania o zagrożeniach, a wszystkie używane są potrzebne. Ważne są zarówno komunikaty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa wysyłane na urządzenia mobilne, jak i realizowane w ramach Regionalnego Systemu Ostrzegania powiadamianie z wykorzystaniem lokalnych stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych. To ostatnie narzędzie, dodał, jest szczególnie istotne w przypadku np. osób starszych. Z kolei w razie awarii lub celowego uszkodzenia systemu zasilania lub zakłócenia sygnału najbardziej niezawodnym kanałem są syreny alarmowe.
– Nie ma doskonałego kanału komunikowania o zagrożeniach i żadne państwo nie wypracowało w tym zakresie idealnego systemu – ocenia Mariusz Sikora. Jego zdaniem takie komunikowanie powinno się odbywać kilkoma kanałami jednocześnie.
Podsumowując uważa on, że najlepszą formą jest przekaz dwu-, trzykanałowy: SMS-y, informacje w mediach i syreny. Jeżeli to wszystko zgramy w czasie, to jest OK. Nie ma jednak możliwości, żeby dotrzeć do 100 proc. odbiorców i żadne państwo nie wypracowało rozwiązania, które by to zapewniało.
Zdaniem rozmówcy PAP, paradoksalnie najlepiej zorientowani, co robić w sytuacji kryzysowej, są nastolatkowie. To efekt licznych informacji w mediach społecznościowych, z których korzystają częściej, oraz faktu, że uczą się o tym w szkole.
Pytany, czy częste nadawanie alertów nie grozi ignorowaniem ich, Sikora przyznał, że przyzwyczajenie się społeczeństwa do komunikatów jest nieuniknione.
– Tak się dzieje również na Ukrainie. Nie mam przesłanek, żeby uważać, że będzie to prowadzić do ignorowania. Wiadomo, że np. z punktu widzenia mieszkańców wschodniej Polski, którzy częściej doświadczają alarmów, mogą one w pewnym momencie wzbudzać poirytowanie – zauważa Mariusz Sikora.
Inny rozmówca PAP, prof. dr hab. Bernard Wiśniewski, dyrektor Centrum Metodologii Badań Bezpieczeństwa Akademii WSB, potwierdził, że inna jest wrażliwość na sygnały alarmowe mieszkańców województw przygranicznych, a inna pozostałych regionów Polski. Przywołał zarazem przykład Ukraińców, którzy nauczyli się rozróżniać realne znaczenie różnych alertów.
Zwrócił też uwagę, że ukraiński system powiadamiania jest bardziej szczegółowy. Oprócz komunikatów o zagrożeniu wskazuje również najbliższe miejsca schronienia.
– Nasz system funkcjonuje, ale wymaga udoskonalenia. Wiedza społeczeństwa dotycząca sygnałów dźwiękowych wciąż jest niewystarczająca, a komunikaty bywają zbyt lakoniczne, żeby osoba bez wiedzy o zagrożeniach mogła właściwie odnieść je do sytuacji – ocenił ekspert.
Jego zdaniem należałoby rozważyć, czy w większym stopniu nie rozpropagować w Polsce doświadczeń ukraińskich co do np. rodzajów alarmów.
Maciej Milczanowski, kierownik Zakładu Studiów nad Wojną Uniwersytetu Rzeszowskiego zauważa, że na Ukrainie każdy obywatel ma aplikację, w której może zgłosić, że widzi coś niebezpiecznego. Uważa, że powinniśmy wdrożyć podobne rozwiązanie, nie czekając aż zdarzy się coś złego.
– RCB bardzo długo wysyłało komunikaty, że będzie wiatr albo burza. Czy jednak dopiero teraz pociski zaczęły spadać bliżej naszej granicy? Nie, ale dopiero niedawno wdrożono decyzję, żeby o tym informować. Brak strategii w polityce informacyjnej kolejnych rządów w piątym roku wojny na Ukrainie jest uderzający – zaznaczył Maciej Milczanowski.
Jego zdaniem z powodu opóźnień we wdrażaniu różnych procedur bezpieczeństwa błędy podobne, jak ten RCB, będą się zdarzać. Zaś Rosja będzie je na pewno wykorzystywać.
Czytaj też: Rząd rozmawia z operatorami komórkowymi w sprawie zmian w systemie alertów RCB