W myśl przaśnych powiedzonek „nie trzeba kupować krowy, żeby napić się mleka”, tudzież „stawiać browaru, żeby strzelić sobie piwko”. A co ze świadczeniem usług szerokopasmowych bez budowania sieci?

Wczoraj, podczas konferencji dotyczącej wyników za 2025 r., prezes T-Mobile Polska podczas swojej prezentacji zwrócił uwagę, że można skutecznie sprzedawać usługi szerokopasmowe bez posiadania sieci dostępowej. W takich wystąpieniach raczej nie ma przypadkowych wypowiedzi, więc jakiś cel Andreas Maierhofer musiał mieć, wygłaszając tę, niekoniecznie pochlebną, dla swojej firmy uwagę (no bo jak ją pogodzić z obowiązującym na rynku telko zwyczajem odmieniania przez wszystkie przypadki słowa „inwestycje”?). Może stara się o zakup Fiberhostu i publicznie musi twierdzić, że za nic go nie potrzebuje? Nie wiem.
Jakby nie było od kilku lat T-Mobile Polska realizuje strategię sprzedaży usług szerokopasmowych w sieciach hurtowych i całkiem nieźle mu to idzie. Pół miliona klientów może nie robi wrażenia, ale w przeciwieństwie do konkurentów operator startował na tym rynku od zera. Że długo się nie spieszył można zrozumieć, bo marże detaliczne na szerokopasmowym dostępie są raczej słabe. Wejść musiał, żeby nie narazić segmentu mobilnego, gdzie konkurenci podbieraliby mu klientów pakietami usług. W ubiegłym roku T-Mobile zalicytował pakietem „komórka + internet” za 75 zł, gdzie nawet jedną usługę sprzedając po kosztach, na drugiej zarobi.
Niuanse tej strategii powoli do mnie docierały, także w końcu ja ‒ twardy zwolennik tezy o nieuchronnej konieczności zakupu przez T-Mobile którejś z sieci stacjonarnych ‒ zacząłem się chwiać w tych poglądach. Dziś wydaje mi się, że T-Mobile może, ale nie musi. Na rynku szerokopasmowym działa wprawdzie blisko poziomu kosztów, ale unika obciążeń finansowych na budowę sieci lub przejęcia. Można tak, a można inaczej bez wielkiego przełożenia na efektywność. Orange zainwestował majątek w budowę światłowodów, w ub.r. miał ponad 13 mld zł przychodów, czyli blisko 2-krotnie więcej niż T-Mobile, ale obie firmy zanotowały bardzo zbliżony poziom marży EBITDAaL ‒ ok. 27 proc. W 2025 r. T-Mobile wypłacił 650 mln zł dywidendy z zysków, a Orange Polska 695 mln zł.
Czyli efektywność finansowa może być zbliżona bez względu na to, czy się buduje sieć czy nie, i czy się inkasuje 100 proc. marży na usłudze czy tylko 40 proc. (tyle podobno jest detalicznej wartości w usłudze szerokopasmowej ‒ resztę zgarnia właściciel sieci). Abstrahuję od ryzyka bazowania wyłącznie na cudzej sieci dostępowej. Na rynku szerokopasmowym trwa mordercza konkurencja, więc zrozumiałe, że nie każdemu się spieszy by wkładać weń duże pieniądze.
Na marginesie dodam, że kolejne sezon wyników finansowych utwierdza mnie w zdumieniu, jaki rozjazd jest w komentowaniu przez telekomy inwestycji, gdy są to relacje z inwestorami, a jaki w przypadku administracji publicznej. W relacjach publicznych panuje obowiązek licytowania się, jak dużo kto wydał. W relacjach inwestorskich ‒ jak mało kto wydał. To drugie bardziej mnie przekonuje, bo w każdej firmie każdy właściciel zawsze zapyta prezesa: „zaraz, zaraz… czy na pewno musisz wydawać moje pieniądze?”.
Andreas Maierhofer nie spieszy się do wydawania pieniędzy Deutsche Telekom i jak na razie rynek przyznaje mu rację. No może poza zakupem dostępu do sieci Orange w 2018 r., ale każdy uczy się na błędach.
Piątkowe komentarze TELKO.in mają charakter publicystyki – subiektywnych felietonów, stanowiących wyraz osobistych przekonań i opinii autorów. Różnią się pod tym względem od Artykułów oraz Informacji.