Wzajemne udzielanie sobie sieci przez operatorów sieci mobilnych na wypadek sytuacji awaryjnych jest już ponoć gotowe od strony technicznej, ale wymaga jeszcze formalnych umów o współpracy roamingowej. Gdyby jednak coś się niespodziewanie wydarzyło, to pewnie (po cichu) operatorzy i tak udzieliliby sobie pomocy. Działanie roamingu awaryjnego budzi obawy i niepokój prawników oraz perfekcjonistów. Inżynierowie i pragmatycy są dosyć spokojni.

Od powodzi jesienią 2024 r. trzeba było 1,5 roku, aby czterej operatorzy sieci komórkowych zdecydowali, że wzajemne udzielanie sobie sieci może mieć sens w takich przypadkach. Kolejne miesiące zajęło dogrywanie szczegółów technicznych, a strona formalna wciąż jeszcze nie jest sfinalizowana. Wstępne porozumienie zawarte zostało w marcu tego roku, ale bilateralne porozumienia wciąż jeszcze nie są podpisane.
‒ Jesteśmy na etapie negocjacji umów z P4 oraz Polkomtelem i dokładamy starań, żeby podpisać je jak najszybciej. Współpraca i podpisanie umowy z Orange w tym obszarze nie jest konieczne ze względu współdzielenie sieci radiowej ‒ informuje Jakub Chajdak z biura prasowego T-Mobile.
Pozostałe sieci ‒ od strony formalnej nie są bardziej gotowe niż T-Mobile. W poufnych rozmowach z operatorami entuzjazmu nie widać. W roamingu awaryjnym będą działały podstawowe funkcje sieci. W zasadzie widać to po współpracy Orange i T-Mobile ‒ tym operatorom wystarczy współdzielenie sieci RAN. Ta prostota zdaje się niejednego przedstawiciela branży mobilnej wprowadzać w stan konfuzji.
Po powodzi na rynku pokutowało niezrozumienie (piszący te słowa także mu ulegał) na czym polega zwłoka skoro polski rynek zna dobrze roaming krajowy, z którego przez długie lata korzystał operator sieci Play i to we współpracy ze wszystkimi trzema konkurentami. Okazuje się jednak, że sprawa jest bardziej złożona.
‒ Roaming krajowy z Playem nie stanowił prostego szablonu do powielenia. Tam w grę wchodziła współpraca ogólnopolska z intencją biorcy, aby jak najkrócej, jak to możliwe, jego klient korzystał z partnerskiej sieci, bo to przecież kosztuje. W przypadku roamingu awaryjnego mówimy o współpracy na ściśle określonym obszarze, kiedy sieć biorcy w ogóle nie działa i niczego za bardzo nie da się zaprognozować ‒ mówi przedstawiciel jednego z MNO.
Roaming awaryjny będzie włączany ad hoc z niewielką dozą automatyzacji i relatywnie dużą komponentą „ręcznych” operacji, aby umożliwić klientom obezwładnionej sieci możliwość logowania do sieci, które wciąż działają. Według niektórych (ale tutaj nie ma jednolitego stanowiska), logowanie takie może wymagać od użytkowników restart telefonu.
Potem zaś operację trzeba będzie odwrócić. To na tyle nietypowe, że na rynku można usłyszeć pesymistyczne komentarze, że szybciej już będzie przywrócić działanie własnej sieci niż poprosić o roaming awaryjny. „Na jakie obciążenie sieci należy się przygotować, udzielając roamingu awaryjnego? Przecież nie planowano jej dla wszystkich abonentów mobilnych na danym terenie? Jak to wpłynie na SLA dla dużych klientów?” ‒ padają pełne niepokoju pytania.
‒ Roaming awaryjny jest przewidziany tylko dla sytuacji związanych z zagrożeniem zdrowia i życia ludzi na danym obszarze. Jego celem jest zwiększenie szansy na dotarcie z informacją o ewakuacji, zaleceniach itp. Pozwala też na utrzymanie podstawowej komunikacji. Trzeba pamiętać, że żadna z sieci nie jest zaprojektowana i zbudowana na przyjęcie 100 proc. ruchu z innej sieci ‒ mówi Wojciech Jabczyński, rzecznik prasowy Orange Polska.
Wskazuje się przy tym ‒ nie bez racji ‒ że powódź sprzed dwóch lat pokazała, że podstawowym i naczelnym problemem w takich przypadkach jest zasilanie urządzeń sieciowych przez operatorów elektroenergetycznych.Który MNO może liczyć na to, że jego sieć właśnie będzie miała szczęście i pozostanie zasilania, kiedy w tym samym czasie na danym obszarze padnie sieć konkurentów?