REKLAMA
Komunikacja dla operatorów

Wyścig na niską orbitę

Starlink uczynił przełom, zwłaszcza kiedy się okazało, że niezawodna komunikacja o przyzwoitych parametrach, to nie tylko biznes, ale także władza. Technologie satelitarne, to coraz bardziej gorący kawałek rynku.

Jeff Bezos poinformował w tym tygodniu, że planuje umieścić ponad 5 tys. satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej (LEO). To mu zajmie trochę czasu i pochłonie dużo środków, ale daje założycielowi Amazona szansę zajęcia miejsca na szybko rosnącym rynku satelitarnej transmisji danych. Liderem jest tu Starlink z 10 tys. satelitów, pozwoleniem na kolejne 5 tys. i planem na ok. 30 tys. obiektów. Gdzieś tam z tyłu czai się także Eutelsat, ale na razie z realnym planem na ok. 1 tys. obiektów. Istnieje teza, że na ten rynek trzeba wchodzić szybko, bo niska orbita, chociaż pojemna, ma swoje ograniczenia związane z koniecznością ochrony satelitów przed kolizjami. Nie bardzo wiem co prawda, jakie są te granice, bo w jednych źródłach czytam, że szacunkowo może to być nawet 100 tys. obiektów (i orbitujących śmieci), a w innych źródłach, że już dzisiaj ‒ przy 24 tys. obiektów (i orbitujących śmieci) ‒ robi się ciasno.

Elona Muska modnie teraz nie lubić, ale trudno nie zauważyć, że to jest jeden z tych przedsiębiorców, który wiarą we własne pomysły i determinacją pcha świat do przodu, zmieniając mgliste i niszowe koncepcje w masowe, rynkowe realia. Koncepcja elektromobilności tak raczej pełzała, póki nie wybuchł fenomen Tesli. Satelitarny dostęp pełzał sobie, jako niszowe rozwiązanie dla biznesu i administracji publicznej, póki nie pojawił się Starlink.

Myślę, że sam Musk nie przewidywał, jaka kariera czeka rozwiązania satelitarne (a może przewidywała?), bo przełomową technologię LEO wsparły historyczne zmiany na świecie. Globalizacja jest w odwrocie. Wraca ekonomiczny protekcjonizm i reglamentacja dostępu do technologii oraz zasobów. Ryzyko konfliktu zbrojnego powoduje, że inaczej patrzymy na niezawodność łączności i wrażliwość infrastruktury naziemnej. A jednocześnie nikt kto nie musi, nie będzie chciał korzystać z sieci kontrolowanych przez niekoniecznie przyjazne rządy. Ten sam Musk pokazał, że kapryśny miliarder może wpłynąć na wysiłki walczącego o przeżycie i niezależność narodu (ukraińskiego). Dlatego dla wielu Starlink będzie przykrą koniecznością, a nie idealnym rozwiązaniem. Dlatego niejeden, jeżeli będzie mógł, to spróbuje się oprzeć (choćby częściowo) na własnych konstelacjach. Ale jeżeli Musk „nastrzela” na niską orbitę odpowiednio dużo własnych obiektów, to każdemu następnemu graczowi trudniej będzie się tam zmieścić.

I co mnie jeszcze ciekawi, to jak dalece dostęp satelitarny zmieni naziemną telekomunikację. Dla zamożnej, a relatywnie niewielkiej Europy może znaczyć niewiele. Stary Kontynent stosunkowo łatwo obłożyć naziemnymi sieciami. Ale już Stany Zjednoczone i Kanada są w innej sytuacji. Nie wspominając o krajach trzeciego świata. Skala robi swoje i kto wie, czy za 10-15 lat największym telekomem na świecie nadal będzie China Mobile, czy aby nie Starlink? I to z ARPU 50 USD, a nie 6,5 USD.

Piątkowe komentarze TELKO.in mają charakter publicystyki – subiektywnych felietonów, stanowiących wyraz osobistych przekonań i opinii autorów. Różnią się pod tym względem od Artykułów oraz Informacji.

Postaw kawę autorowi