Z narzędzia do pomiaru jakości internetu, na stworzenie którego UKE wydał kilkanaście milionów złotych, w pierwszym półroczu jego funkcjonowania skorzystało 51 użytkowników indywidulanych. Regulator szuka alibi, by uzasadnić projekt, przez pomiary w szkołach OSE. Czy będzie też chciał przymusić operatorów budujących sieci z KPO i FERC, by wciskali to narzędzie swoim klientom?
Latem ubiegłego roku Urząd Komunikacji Elektronicznej zaczął udostępniać wszystkim chętnym certyfikowany System Monitorowania Jakości Internetu (SMJI). To narzędzie a zarazem e-usługa, która pozwala na weryfikację i przedstawienie użytkownikom korzystającym ze stacjonarnego dostępu do internetu zmierzonych parametrów jakości testowanej usługi w postaci wygenerowanego raportu z certyfikowanych pomiarów jakości usługi dostępu do internetu.

Urząd do tego celu wykorzystuje system pomiarowy, który składa się z:
- dedykowanego urządzenia pomiarowego – próbniki konsumenckie badające parametry ilościowe (takie jak prędkość łącza, opóźnienie oraz zmienność opóźnienia) oraz parametry jakościowe (takie jak określone przez klasy QoS). Są one bezpłatnie użyczane przez UKE.
- próbników sieciowych, instalowanych w węzłach sieci, badających parametry działania sieci, które stanowią element komplementarny w stosunku do próbników konsumenckich. Próbniki są certyfikowane przez niezależny podmiot certyfikujący na zgodność z normą ISO/IEC 15408 (Common Criteria).
Aby uzyskać dostęp do tej usługi urzędu i zdobyć raport z pomiarów trzeba przejść przez szereg formalności, co sprawia, że skorzystanie z tego narzędzia na pewno nie jest „user friendly”.
W celu realizacji e-usługi UKE wypożycza użytkownikowi, który złożył odpowiedni wniosek za pośrednictwem Platformy Usług Elektronicznych regulatora, zestaw zawierający urządzenie pomiarowe – próbnik konsumencki. Zestaw wysyłany jest za pośrednictwem firmy kurierskiej lub może być przekazany osobiście, zwrot zestawu do UKE odbywa się w analogiczny sposób. Po dokonaniu zwrotu zestawu do UKE użytkownik otrzymuje raport z pomiarów. Zawiera on m.in. zbiorcze zestawienie skróconych wyników pomiaru certyfikowanego, tj. identyfikator, wartość prędkości pobierania danych w Mb/s, wartość prędkości wysyłania danych w Mb/s, wartość Round Trip Time w ms.
Nie może więc dziwić, że zainteresowanie tą e-usługę w pierwszym półroczu od jej udostępnienia było śladowe. Jak podaje UKE w swym rocznym sprawozdaniu z działalności za 2025 r. od dnia certyfikacji systemu SMJI, tj. od 25 lipca 2025 r. do końca 2025 roku wypożyczono 51 zestawów pomiarowych użytkownikom, którzy złożyli wnioski w ramach e-usługi. A UKE zamawiał 20 tys. takich próbników.
Na podstawie analizy wyników przeprowadzonych pomiarów stwierdzono, że w kierunku transmisji download jedynie w 4 przypadkach zmierzona prędkość była niższa niż 80 proc. wartości zwykle dostępnej wynikającej z deklaracji wnioskodawcy, natomiast w kierunku transmisji upload w 8 przypadkach zmierzona prędkość była niższa niż 80 proc. wartości zwykle dostępnej wynikającej z deklaracji wnioskodawcy.
Czy wynika z tego, że narzędzie, na stworzenie którego UKE otrzymał aż 16 mln zł dofinansowania, jest mało przydatne, a kosztowny projekt był niczym więcej nie „przepaleniem unijnych funduszy”? Z tego zarzutu UKE potrafi się zapewne wybronić, bo w sukurs mu przybyły NASK i Instytut Łączności. Ten pierwszy wypożyczył 4 581 zestawów pomiarowych, by prowadzić testy mające na celu sprawdzenie jakości internetu świadczonego w szkołach za pośrednictwem Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE). Ten drugi natomiast zawarł z UKE porozumienie o współpracy dotyczące badania możliwości stosowania bezprzewodowych przyłączy telekomunikacyjnych na niedużych odległościach w pasmach nielicencjonowanych. I do tego celu wypożyczył od UKE 12 zestawów pomiarowych, by prowadzić testy.
Tym samym UKE ma alibi, by wykazać, że SMJI jest bardzo potrzebny.