POPC dla równych i równiejszych

Branża telekomunikacyjna od około 2 lat czekała na start nowego rozdania europejskich dotacji. Od kilku miesięcy dmuchany był też balon nadziei dla mieszkańców białych plam. Przed wyborami samorządowcy też obiecywali niemało i choć najczęściej nie bardzo wiedzą o co w likwidacji białych plam chodzi, to hasło "internet dla każdego" brzmi dobrze na każdej przedwyborczej ulotce.

Wreszcie wybiła godzina "zero" i 30 września przedstawiono reguły gry. Jako jeden z wielu operatorów czekałem niecierpliwie, zwłaszcza że jak zapowiadano, konkurs miał być dla małych i średnich firm, a więc takich jak moja. Działam wyłącznie na obszarze Warmii i Mazur w małych miejscowościach i doświadczenie w trudnym terenie jakieś mam. Od kilku lat konsekwentnie korzystam z funduszy i zakopuję światłowody, gdzie tylko można. Trochę osiedli jednorodzinnych i popegeerowskich bloków na wsi już okablowałem. Wydaje mi się więc, że wiem o co w telekomunikacji "prowincjonalnej" chodzi. Nie kryję, że liczyłem na punkty za doświadczenie jako bonus przy ocenie wniosków. Szkoliłem kadrę, starałem się edukować samorządy, aby były pomocne, a nie przeszkadzały. Nasz samorząd na Warmii i Mazurach ostatnio jest mocno chwalony, bo akcję uświadamiająco-propagandową zrobił rzetelnie. Dwa lub trzy lata za późno, ale jak mówi przysłowie "lepiej późno…". Nawet wójtowie zaczęli dzwonić i pisma słać, że podatki już poobniżali i operatorów na wieś zapraszają, żeby ci tylko chcieli światłowód u nich w gminie położyć. Projektanci i wykonawcy zakończyli roboty przy sieciach regionalnych i stoją grzecznie w kolejce po zlecenia. Czyli teoretycznie wszystko gotowe, aby budowy sieci ostatniej mili ruszyły.

Pomimo, że konkurs ogłoszono, to od kilku dni w mediach jakoś cicho. Co prawda, pierwszego dnia cała tzw. centralna prasa zazdrościła operatorom telekomunikacyjnym, że dostaną 600 milionów, ale po jednodniowym rozgłosie zrobiło się cicho. Potencjalni zainteresowani analizują ogłoszone dokumenty. Więc jako jeden z pierwszych odważę się zabrać głos, spróbuję pokazać dlaczego zaproponowane nam reguły nie pokrywają się z zapowiedziami i potrzebami operatorów oraz wytłumaczyć dlaczego szerokiego frontu robót w tej części Polski nie będzie. Mam na to co najmniej osiem argumentów.

Argument 1. Nieatrakcyjne obszary inwestycyjne

Na potrzeby niniejszej analizy wybrałem na "chybił-trafił" cztery obszary z Polski północno- wschodniej: moniecki (Podlasie), przasnyski (Mazowsze), lidzbarski i braniewski (Warmia i Mazury) i przeanalizowałem je pod kątem możliwości nie tylko budowy, ale także późniejszego utrzymania   sieci ostatniej mili w technologii FTTH. Przy czym literkę "h" rozumiem jako skrót od "home", czyli mieszkanie, a nie od "house", czyli np. wieżowiec, pod który czasem pomarańczowy operator podciąga światłowód, a dalej wykorzystuje poczciwy miedziany kabel położony 40 lub 50 lat temu (i również nazywa FTTH).

W zasadzie w Polsce tylko Orange (i w ograniczonym zakresie Netia) mogą sobie pozwolić na technologie FTTH lub FTTC na prowincji, bo tylko ci dwaj operatorzy posiadają tam sieci z miedzianymi końcówkami. Kablówki ze swoim HFC, lub operatorzy ISP z Ethernetem, nie wychodzą przecież poza miasta, więc ich koncentryk i skrętka w POPC na niewiele się przydadzą. Dlatego ze wszystkich technologii stacjonarnych jedynie FTTh może być wykorzystana w najbliższej przyszłości. Technologie Wi-Fi i LTE, to oczywiście inna bajka i nie tu miejsce na porównywanie ich z technologiami stacjonarnymi.

Powróćmy jednak do głównej myśli, czyli do krótkiego opisu wybranych obszarów. Już na pierwszy rzut oka widać, że mapy, niestety, zawierają od 30 do 50 proc. adresów w zabudowie totalnie rozproszonej, czyli przysłowiowych "leśniczówek". A przecież dotychczas wszem i wobec zapowiadano, że z obszarów inwestycyjnych zostaną usunięte adresy tzw. trwale nieopłacalne. Zapewniano o usunięciu "kwadratów 250m x 250 m", w których jest mniej niż 3 budynki mieszkalne (inna wersja, to mniej niż 50 HP/1 km2). Takie zapowiedzi były podawane jeszcze tydzień przed ogłoszeniem konkursu. Jednak zapowiedzi to jedno, a rzeczywistość to drugie, bowiem na omawianych obszarach nierzadkie są kwadraty nawet 2 km x 2 km, w których jest 1 gospodarstwo domowe. Normą zaś jest kwadrat 500m x 500 m, gdzie są tylko 2-3 gospodarstwa.

REKLAMA