
Zmienność i przepływ praw sportowych powodują zwiększenie kosztów licencyjnych, jako że nadawcy przerzucają rosnące koszty pozyskania licencji na operatorów. Dynamika rynku wymusza na nich także wiele działań, takich jak: aktualizacja pakietów TV, ponoszenie kolejnych (niemałych) wydatków na uruchomienie nowych kanałów, aktualizacje produktów i dopasowanie ofert, komunikację tych zmian do abonentów i w końcu zarządzenie churnem.
Nie jest też żadną tajemnicą, że w przypadku praw sportowych nadawcy mają silniejszą pozycję w negocjacjach niż operatorzy – jest to naturalna konsekwencja struktury rynku. Prawa sportowe są unikatowe, kosztowne i skoncentrowane w rękach kilku graczy.
– Naszą zaś rolą jako operatora, jest zapewnienie klientom dostępu do tych treści w najlepszej możliwej formie, ale warunki ramowe ustalają nadawcy. Im większa dominacja rynkowa nadawcy, tym trudniejsze rozmowy – podkreśla Maciej Piechociński.
W praktyce jest tak, że okresy zawieranych kontraktów różnią się na rynku w zależności od nadawcy. Ci zaś zazwyczaj dostosowują swoje umowy do terminów, w jakich pozyskują prawa sportowe. To pozwala im przenosić rosnących koszty praw sportowych na operatorów.
Dla tych ostatnich takie negocjacje są bardzo trudne ze względu na wagę kontentu sportowego, ale także dlatego, że nadawcy poprzez swoje platformy docierają bezpośrednio do użytkowników, stanowiąc bezpośrednią konkurencję dla operatorów.
INEA jako operator w pełni odczuwa, że punkt ciężkości w negocjacjach leży po stronie nadawców – szczególnie tych, którzy posiadają prawa premium. Im większy nadawca, tym większa presja cenowa. Stąd operatorzy z niepokojem spoglądają na liczne fuzje i przejęcia, bo już teraz ponad 85 proc. rynku praw telewizyjnych spoczywa w rękach kilku czołowych nadawców, bez których trudno wyobrazić sobie konkurencyjną ofertę telewizyjną. Nadawcy wykorzystują ten fakt, narzucając ceny podmiotom dystrybuującym telewizję. Ograniczenia zaś w możliwości kształtowania cen detalicznych dla klientów końcowych dodatkowo pogłębiają problem operatorów.
Czy w takiej sytuacji nie byłoby receptą wspólne negocjowanie praw sportowych przez grupę operatorów?
INEA przyznaje, że to mogłoby poprawić ich pozycję negocjacyjną, ale jest nierealne z wielu względów – m.in. różnych interesów i okoliczności rynkowych. Mimo to, INEA intensywnie działa nad otwartymi rozmowami pomiędzy operatorami a nadawcami wokół najbardziej newralgicznych tematów z zakresu współpracy obu stron.
Niektórzy z obserwatorów rynku telewizyjnego i ekspertów zwracają uwagę, że zagorzali fani sportu, chcący śledzić na bieżąco transmisje sportowe, nie mają łatwo. Jest to dla nich często uciążliwe i kosztowne. Szczególnie jeśli są zainteresowani kilkoma dyscyplinami sportu są zmuszani do opłacania dwóch lub trzech odrębnych subskrypcji. Czy w przypadku sportu nie mogłaby powstać taka platforma, jak Spotify w muzyce czy Netflix, jeśli chodzi o filmy i seriale?
W ocenie INEA, wizja jednej platformy zrzeszającej wszystkie prawa sportowe może i brzmi świetnie z punktu widzenia konsumentów, w praktyce jest jednak niemożliwa. Federacje sportowe nie mają bowiem żadnego interesu w oddaniu praw jednej firmie. Prawa sportowe są podstawowym źródłem ich finansowania i to wartym miliardy dolarów rocznie. Gdyby jedna platforma miała monopol, przestałaby istnieć konkurencyjna walka o prawa — a to oznacza niższe wpływy. Poza tym powstanie takiego monopolu byłoby nie do zaakceptowania przez regulatorów.
Próby agresywnego skupowania kluczowych praw sportowych podjął już Viaplay, co skończyło się znacznym wzrostem cen praw sportowych. Rynek zaś dość brutalnie zweryfikował plan szwedzkiej platformy posiadania wszystkiego, co najważniejsze w sporcie. Za prawami – samymi w sobie kolosalnie drogimi i płatnymi z góry – muszą też iść: jakość dostarczenia sygnału, odpowiednia oprawa komentatorska i inne czynniki, które składają się na doświadczenia widza. Wszystkie one generują ogromne koszty, a abonament atrakcyjny dla nowych klientów nie pokrywał tych kosztów. Wydaje się bardzo mało prawdopodobne, żeby którykolwiek gracz na rynku mógł sobie pozwolić na ich poniesienie. Według INEA, kierunkiem jest raczej agregacja treści pozostających w posiadaniu pojedynczych nadawców.
– Mówimy tu więc raczej o łączeniu usług pod jednym parasolem, a nie o fuzji praw. Rolę takich parasoli pełnią właśnie operatorzy telewizyjni – mówi Monika Gilmijarow.
A jak INEA postrzega model sprzedaży sportu w formule eventowej, na przykład tylko czasowego dostępu do rozgrywek ligi, pojedynczego turnieju albo konkretnego meczu?
– To nie jest kwestia technologii – tę mamy w INEA bardzo elastyczną dzięki platformie Hiway – tylko modelu licencyjnego. Model eventowy może i ma sens dla klientów, ale w dzisiejszym systemie licencyjnym operator nie ma swobody, aby go wdrożyć. To nadawcy musieliby zacząć sprzedawać sport bardziej elastycznie – w ligach, turniejach, lub pojedynczych wydarzeniach. Dopiero wtedy moglibyśmy przenieść ten model do kablówki – odpowiada Monika Gilmijarow.