Nie każda regulacja jest problemem

(źr. autor)

Jak co roku, miniony miesiąc był czasem dużych wydarzeń branżowych w postaci konferencji KIKE i PIKE, i jak co roku, jednym z głównych tematów dyskusji była kwestia regulacji. Obserwując te dyskusje od wielu lat, mam poczucie, że słowo „regulacja” stało się jednym z ulubionych winowajców problemów gospodarczych. Kiedy przedsiębiorcy wskazują na bariery rozwojowe, niemal zawsze pojawia się ono wśród pierwszych odpowiedzi.

Politycy, kiedy chcą wzmocnić swoje poparcie, z lubością powołują zespoły do spraw deregulacji, a owoce prac tych zespołów z reguły są niestety niestrawne. Szary obywatel pogubiony w tej dyskusji, często też opowiada się po stronie liberalnej, nie do końca zdając sobie sprawę, że de facto opowiada się przeciwko sobie, niczym pochodzący z klasy robotniczej wyborca partii republikańskiej głosujący na polityków obniżających podatki najbogatszym. Podobnie jest w dyskusji o rynku telekomunikacyjnym. Rosnące obowiązki administracyjne, nowe wymogi prawne, kolejne procedury i sprawozdania – wszystko to przedstawiane jest często jako hamulec rozwoju branży.

Warto jednak zatrzymać się na chwilę i zadać podstawowe pytanie: czym właściwie jest regulacja? Bo regulacja to nie tylko obowiązek. Regulacja to również możliwość.

To dzięki regulacjom operator alternatywny może korzystać z kanalizacji kablowej Orange Polska zamiast budować własną infrastrukturę od podstaw. To dzięki regulacjom może wykorzystać słupy energetyczne do podwieszenia sieci telekomunikacyjnej. To dzięki regulacjom może zwrócić się do Prezesa UKE o rozstrzygnięcie sporu z właścicielem infrastruktury, zamiast prowadzić wieloletni i kosztowny proces sądowy. Wszystkie te mechanizmy są efektem aktywnego udziału państwa w kształtowaniu rynku. Dzięki nim koszty inwestycyjne maleją, bariery wejścia są ograniczane, a konkurencja może się rozwijać. Czy uczestnicy rynku, wypowiadając się przeciw nadmiernym regulacjom chcieliby zlikwidować także te wspomniane wyżej?

Nie jest przypadkiem, że Polska należy dziś do państw o jednym z najwyższych udziałów operatorów alternatywnych w rynku telekomunikacyjnym w Europie. Trudno wyobrazić sobie osiągnięcie takiego poziomu konkurencji wyłącznie siłami rynku, bez instrumentów umożliwiających dostęp do infrastruktury czy bez skutecznego arbitrażu regulatora. To właśnie regulacje stworzyły warunki, w których nowi uczestnicy rynku mogli skutecznie konkurować z operatorem zasiedziałym, a ich dzisiejszy udział rynkowy to nie tylko wynik strategii biznesowych i nieudolnej polityki operatora zasiedziałego w pierwszym okresie liberalizacji rynku[1], ale także efekt regulacji znoszącej szereg barier inwestycyjnych i otwierającej drogę do ekspansji dla nowych graczy rynkowych.

Oczywiście istnieje również druga strona medalu. Regulacja oznacza obowiązki sprawozdawcze, konieczność ponoszenia opłaty telekomunikacyjnej, realizację procedur związanych z inwestycjami czy spełnianie licznych wymogów administracyjnych. Są to realne koszty, które przedsiębiorcy ponoszą każdego dnia. Trudno jednak oczekiwać, że państwo współfinansujące rozwój sieci ze środków publicznych nie będzie wymagało informacji o przebiegu infrastruktury, chociażby po to, aby wiedzieć, czy w danym obszarze wsparcie publiczne jest możliwe.

PRZYPISY

[1] Paradoksalnie to właśnie operator zasiedziały stanowi dziś jeden z najlepszych przykładów tego, jak z podmiotu postrzegającego regulację przede wszystkim jako ograniczenie można stać się ekspertem w wykorzystywaniu instrumentów regulacyjnych do realizacji własnej strategii rynkowej. Być może to właśnie ten podmiot jako jeden z pierwszych zrozumiał, że regulacja nie jest ani dobra, ani zła sama w sobie, lecz stanowi po prostu narzędzie, które można wykorzystywać mniej lub bardziej skutecznie.

PRACA