Pokazuje też, że nasze subiektywne przeświadczenia nie zawsze znajdują potwierdzenie w danych, a mądra regulacja zawsze powinna opierać się na zweryfikowanych i pewnych danych.
Nie można również ignorować faktu, że część nowych regulacji jest odpowiedzią na wyzwania, które jeszcze kilkanaście lat temu po prostu nie istniały. Rosnące zagrożenia cybernetyczne, napięcia geopolityczne oraz rosnące znaczenie infrastruktury telekomunikacyjnej dla funkcjonowania państwa sprawiają, że bezpieczeństwo sieci staje się jednym z kluczowych wyzwań naszych czasów. Ochrona infrastruktury krytycznej, zarządzanie ryzykiem czy obowiązki związane z cyberbezpieczeństwem nie są efektem urzędniczej kreatywności. Są odpowiedzią na realne zagrożenia, które mogą wpływać na bezpieczeństwo państwa, gospodarki i obywateli.
I tu znowu należy się zastanowić nad tym, czy regulacje są właściwe i proporcjonalne. W teorii funkcjonuje system oceny skutków regulacji (OSR), a na poziomie unijnym obowiązuje zasada Think Small First. Problem polega na tym, że między formalnym wymogiem a praktyką często istnieje wyraźna luka. W telekomunikacji dobrze to widać: jeśli nowy obowiązek oznacza konieczność wdrożenia procedur, audytu czy systemu raportowania, jego koszt formalnie może być podobny dla wszystkich. W praktyce jednak dla dużego operatora jest niemal niezauważalny, a dla lokalnego ISP może oznaczać rezygnację z inwestycji albo zatrudnienie dodatkowej osoby. Problemem nie jest więc brak narzędzi, lecz sposób ich stosowania.
Na końcu pozostaje jeszcze jedna obserwacja. Pomimo wysokiego poziomu regulacji polski rynek telekomunikacyjny należy do najbardziej konkurencyjnych i rozwiniętych w Europie. Konsumenci korzystają z szerokiego wyboru usługodawców, ceny pozostają relatywnie niskie, a dostępność nowoczesnych sieci stale rośnie.
Oczywiście korelacja nie oznacza przyczynowości. Jednak obserwując inne sektory gospodarki, w których regulacji jest znacznie mniej, a koncentracja rynku często znacznie większa, trudno nie zadać sobie pytania, czy rzeczywiście regulacja jest wyłącznie problemem? Niedawno słuchałem jednego z odcinków interesującego podcastu „Dwa kilo mózgu”, poświęconego zjawisku określanemu przez Cory'ego Doctorowa mianem enshittification, czyli stopniowego pogarszania jakości produktów i usług wraz ze wzrostem pozycji rynkowej ich dostawców. Pod koniec rozmowy prowadzący zastanawiali się, które branże najtrudniej opisać tym pojęciem i gdzie możemy mówić raczej o odwrotnym efekcie wzrostu jakości usług. Wśród nielicznych przykładów, co do których panowała pełna zgoda, znalazły się właśnie usługi telekomunikacyjne.
Trudno się temu dziwić. W ciągu ostatnich dwóch dekad przeciętny użytkownik otrzymał wielokrotnie wyższe prędkości transmisji danych, większy wybór usług, lepszy zasięg i więcej możliwości komunikacji przy kosztach, które w relacji do jakości usług systematycznie malały. Oczywiście nie jest to wyłącznie zasługa regulacji. Wpływ miały również postęp technologiczny, inwestycje i konkurencja pomiędzy przedsiębiorcami. Warto jednak zadać pytanie, czy konkurencja ta rozwinęłaby się równie skutecznie bez regulacji dostępu, regulacji hurtowych, regulacji roamingowych, regulacji MTR i FTR czy regulacji dostępu do infrastruktury? Odpowiedź pozostawiam czytelnikowi.
Dlatego też być może część energii poświęcanej dziś na walkę z samą ideą regulacji warto skierować gdzie indziej. Nie na pytanie, jak regulacji uniknąć, lecz jak sprawić, aby była ona bardziej racjonalna, bardziej proporcjonalna, bardziej spójna i lepiej dostosowana do rzeczywistości gospodarczej XXI wieku. Bo w świecie infrastruktury krytycznej, usług cyfrowych, cyberbezpieczeństwa i globalnych platform internetowych prawdopodobnie nie stoimy już przed wyborem między regulacją a jej brakiem. Stoimy przed wyborem pomiędzy regulacją dobrą i regulacją złą.
