REKLAMA

Zapewnić łączność

Przy blisko 12 700 stacjach Orange Polska w grę wchodzą ogromne pieniądze gdybyśmy musieli zapewnić tak długie podtrzymanie na wszystkich. Baterie trzeba kupić, serwisować i wymieniać. To są drogie urządzenia i, niestety, także łakomy kąsek dla złodziei. Szacujemy, że dla wszystkich polskich operatorów taki wymóg oznacza wydatek setek milionów złotych rocznie, a dla pojedynczego operatora „dużych” dziesiątek milionów złotych.

W czerwcu br. planowane są ogólnopolskie ćwiczenia blackoutowe, w których będziemy uczestniczyć.

Powódź w 2024 roku ‒ jakie z tej katastrofy wyciągnęliście wnioski?

Powódź jest zdarzeniem bardziej realnym niż konflikt zbrojny. Okazało się, że choć stacje bazowe są wyposażone w baterie, brak zasilania zewnętrznego wymusił konieczność ich doładowywania. W przypadku powodzi z 2024 r. korzystaliśmy w tym zakresie ze wsparcia straży pożarnej i wojska. Zasilanie było miękkim podbrzuszem dla wszystkich operatorów. Dlatego po powodzi pojawiło się oczekiwanie rządu dotyczące roamingu krajowego na wypadek katastrofy.

Umowa między operatorami w tej sprawie niedawno została wreszcie podpisana.

Zakładam, że w pierwszej połowie roku rozwiązanie zostanie wdrożone. Najpierw dyskutujemy współpracę bilateralną, potem rozwiązania techniczne. Ponieważ Orange i T-Mobile współdzielą sieć radiową, to realnie mówimy o roamingu między trzema sieciami.

Mimo to, jak rozumiem, Orange i T-Mobile mogą oferować różne komercyjne warunki korzystania ze swoich sieci, a więc w pewnym ujęciu pozostać odrębnymi graczami na rynku roamingowym?

Tak, zdecydowanie jesteśmy odrębnymi graczami na rynku. Trzeba jednak pamiętać, że mówiąc o roamingu krajowym mamy dwa aspekty. Pierwszy, to klęska żywiołowa regulowana przepisami z 2024 r., gdzie roaming jest włączany centralnie. Drugi ‒ umowy bilateralne na wzajemną pomoc w sytuacjach kryzysowych. To komercyjne umowy, gdzie jeden operator prosi drugiego: „włącz mi roaming dla moich klientów na danym obszarze, zapłacę za to”.

To trochę osłabia paradygmat konkurowania „jakością sieci”.

Nikt nie ma gwarancji, że kiedyś nie znajdzie się w pilnej potrzebie skorzystania z roamingu dla swoich klientów. Poza tym kryterium jakości i zasięgu sieci może wpływać na percepcję klientów w normalnej sytuacji. Kiedy zaczyna się kryzys, nikt raczej nie wini swojego dostawcy za gorszą jakość usług.

Roaming między czterema sieciami to jest trudny technicznie projekt?

Nie jest prosty. Umożliwienie konkretnej karcie SIM na gościnne logowanie do sieci na ściśle określonym terenie, w konkretnym momencie i na określony czas, jest sporym wyzwaniem.

Przecież jest wiele lat doświadczeń we współpracy roamingowej trzech sieci z Playem.

To jest dobry model, ale nie gotowe rozwiązanie. Było wdrożone z datą X, na określonym obszarze, z wiadomym terminem. Teraz mówimy o uruchomieniu w kilka godzin, gdy coś się „zadzieje" w konkretnym, nie znanym z góry, miejscu.

Czy wobec istniejących zagrożeń projektujecie dziś inaczej infrastrukturę niż kiedyś?

Tak, przy projektowaniu uwzględniamy georedundancję i protekcje. Mają one szerszy zakres oraz odpowiadają na wyzwania klimatyczne i geopolityczne. Mamy również przygotowane konkretne procedury dotyczące zarządzania siecią w przypadku blackoutu ‒ priorytetyzacji obiektów, dowożenia paliwa do agregatów itp. Jedna sprawa, o której już rozmawialiśmy, to wyselekcjonowanie pokryciowych stacji sieci mobilnej i specjalne procedury dla nich. Kolejna sprawa, to wyłączenie platformy 3G, które pozwoliło nam wyeliminować newralgiczne punkty sterowania tą siecią.

Zostawmy odporność sieci i porozmawiajmy o strategicznych zamierzeniach. Jakie są wasze plany zasięgowe dla 5G?

Nasza ambicja to 90 proc. populacji Polski w zasięgu 5G na koniec tego roku w paśmie 3,6 GHz lub 700 MHz. W perspektywie trzech lat chcemy mieć 99 proc., czyli żeby 5G swoim zasięgiem pokryło co najmniej tyle, ile dziś pokrywa LTE i inne technologie. Dziś mamy 99,9 proc. populacji w zasięgu wszystkich technologii łącznie, zasięg obszarowy to blisko 90 proc.